O ile jeszcze po zapoznaniu się z pozycjami takimi jak Zorya, Pocustone czy Gone, nie miałem żadnych wątpliwości, że Floex jest kompozytorem wszechstronnym i bardzo uzdolnionym, tak jednak – A Portrait of John Doe – jak to się mówi żartobliwie w kręgu moich znajomych, określając osoby nadmiernie utalentowane – to wyższy level autyzmu. I naprawdę, niewiele w tym przesady.

Słuchając tego albumu nie mogłem oprzeć się wrażeniu, jak gdyby autor dusił się w dotychczasowych brzmieniach. Jakby jego subtelne solówki na klarnecie płynące gdzieś pomiędzy ciepłymi, elektronicznymi opowieściami, to było tak bardzo za mało; “Portrait…” to nie tylko ucieczka (w głowie autora, rzecz jasna) z muzycznego schowka na szczotki, wprost do filharmonii; to wrażenie, jakby ktoś ciekawskiego malca zabrał kolejno do sklepu ze słodyczami, potem z zabawkami, a potem do zoo. I wszystko jego.

Wrażenie przesytu podbijają skompresowane brzmienia; w pierwszej części albumu dzieje się dużo, ale bardziej przypomina to impresjonistyczną plamę, niż symfonię: momentami można nawet odnieść wrażenie, że jest to jakieś takie… nijakie; kojarząc się z bezpłciowymi brzmieniami elevator music, czy oszczędną formą muzyki konkretnej. Nic bardziej mylnego: tytuł i charakter “Inauguration Of Nobody” wyśmienicie wpisuje się w całość opowieści. A opowiadamy przecież o Johnie Doe, Janie Kowalskim, nikim. Jak może brzmieć inauguracja nikogo?

Floex praską orkiestrę traktuje nie jak towarzysza; bardziej jak narzędzie, kolejny instrument, na którym może zagrać swoje nieskończenie barwne, jakże efemeryczne, muzyczne wizje. Podobne wrażenie miałem, oglądając Johna Zorna podczas jego występu w ramach [email protected]: Zorn prawie nie grał; głównie dyrygował, a raczej – niczym demiurg – sprawiał, powodował, że się stawało. Floexowi daleko jednak do free-jazzowych brzmień, ale nie w kwestii struktury.

Co tu się dzieje? Preludium (I !) to szósty utwór na płycie. Tak, I, 1, jeden. Preludia na tym albumie są bowiem dwa. Po nich mamy “Resurgence”, odrodzenie się. Po nim… requiem.

I nagle wszystko staje się bardzo czytelne: John Doe w trakcie trwania albumu – to oczywiste! – przestaje być Johnem Doe. Lub… przynajmniej się stara. Marzy. “I dream of Ikaria”, mówi. I staje się; kompozytor buja się gdzieś pomiędzy “starym” sobą, Frankiem Zappą a Bonobo w różnych wydaniach.* jakby nie mógł nacieszyć się tymi wszystkimi nowymi zabawkami, które dostał. W lepieniu najpiękniejszej na świecie babki w piaskownicy pomaga mu liryczny i dostojny Tom Hodge. Utwory bywają zatopione przez krótką chwilę w analogowym szumie, o którym nie potrafię powiedzieć, czy jest prawdziwy. Są chwile, gdzie pędzimy w glitch, są chwile, gdy nużamy się w oriencie, są momenty, gdy przenosimy się myślami na Islandię. Floex i Tom nie żałują sobie niczego w ciągu tych 49 minut; mamy tu surowe jazzowe dysonanse jak i zabawy pachnące muzyką mikrotonalną. Doe zaś umiera długo, ale bardzo poetycko; o ile dla kogoś poetyckie są rozjechane delaye, krzywe brzmienia i niebagatelne harmonie.

Idzie się pogubić w tym przepychu; nie jest łatwo, dlatego polecam co najmniej dwa odsłuchy; apetyt rośnie w miarę jedzenia.

* – a propos, ten fenomenalny teledysk nie ma ani jednego komputerowego renderu. Magia.

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Set your Twitter account name in your settings to use the TwitterBar Section.